BAŚŃ O KRZYWYM ZWIERCIADLE I SREBRNYM PORCIE
- Anna Lidzka-Borkowska
- 16 maj
- 3 minut(y) czytania
Czyli o przedurodzeniowym kontrakcie i narodzinach Suwerena
Akt I: Kontrakt na Świetlistej Chmurze
Siedzieliśmy we dwoje na krawędzi świetlistej chmury, w przestrzeni, gdzie nie było jeszcze ciężaru ciał, ziemskiego czasu ani imion. Otaczał nas ocean czystego, krystalicznego Logosu – Dom, w którym każda Dusza wie, że jest częścią jednej, wielkiej Miłości.
Spojrzałam w oczy Duszy, która w ziemskim teatrze miała odegrać dla mnie najtrudniejszą rolę. Tam, w wieczności, byliśmy najbliższymi przyjaciółmi.
– A więc naprawdę zejdziesz tam ze mną i założysz maskę Cienia? – spytałam z cichym uśmiechem.
– Tak, zrobię to – odpowiedziała z głęboką, kosmiczną miłością. – Ubiorę się w kostium drapieżnika. Będę udawać Twoją przyjaciółkę, by krok po kroku sprawdzać nienaruszalność Twoich granic. Sprawdzę, czy pozwolisz mi bezkarnie wkraczać w swoją przestrzeń i wyrywać z rąk Twoje sekrety. Przetestuję Twoje współczucie, żerując na Twojej dobroci i karmiąc się tym, co wypracowali Twoi przodkowie. Będę śmiać się z Twoich łez, mówiąc, że podoba mi się Twoja reakcja na ból.
Zadrżałam, ale Dusza mówiła dalej, patrosząc ziemską iluzję:
– Pójdę jeszcze dalej. Wejdę do świątyni tych, którzy mienią się uzdrowicielami ludzkich umysłów. Pokażę Ci świat, w którym mistrzowie i ich uczniowie upajają się nocnym chaosem, tracąc przytomność i godność, by nad ranem, z ciężkim od kłamstwa oddechem, nauczać innych o świetle. Będę bezwstydnie kłaniać się autorytetom na pokaz, a za ich plecami drwić z ich słabości. Zbuduję z nimi wielki, fałszywy Instytut, wzniesiony na cynizmie i układach, gdzie najważniejszą zasadą będzie napełnianie własnego trzosu. Zrobię wszystko, aby obrzydzić Ci ziemskie systemy. Sprawię, że ci, którzy są najbardziej skażeni, będą na Ziemi wyznaczać standardy i zbierać oklaski.
– Dlaczego chcesz wziąć na siebie tak brudną i ciężką rolę? – szepnęłam.
– Bo Cię kocham – odpowiedziała Dusza, a jej światło zamigotało czystym złotem.
– Poprosiłaś mnie o lekcję absolutnej, ostatecznej Suwerenności. Dopóki Twoi nauczyciele będą mili, a świat bezpieczny, będziesz tylko pasywnym depozytariuszem cudzych prawd. Muszę przynieść Ci tak wielki, bezkompromisowy fałsz, aby Twoja biologia krzyknęła „NIE”. Muszę postawić przed Tobą krzywe zwierciadło, byś z obrzydzenia do niego odwróciła wzrok i odnalazła jedyny, nienaruszalny Port we własnym wnętrzu. Zrobię to, abyś stała się Architektem własnego Rdzenia.
Schodzimy w dualność, zapominając o chmurze. Kostiumy drapieżników
są tylko ciężkim narzędziem w rękach Boga, stworzonym po to,
by zmusić wolną Iskrę do przebudzenia.
Akt II: Zejście do Świata Podziemi
Przekraczam próg ziemskiej sceny. Kiedy tylko stawiam pierwszy krok w tej rzekomej świątyni nauk, ogarnia mnie niewyobrażalny, paraliżujący lęk. Rozlewa się po całym ciele lodowatą falą, choć mój intelekt jeszcze nie rozumie tego znaku. Nie wiem, że właśnie w tym momencie rozpoczyna się moja starożytna, mistyczna inicjacja – zejście do mrocznego świata podziemi.
Ścieżka wyraźnie prowadzi w dół, w głąb fioletowo-czarnej doliny. Muszę przejść przez siedem kamiennych bram, a przy każdej z nich drapieżni, zakapturzeni strażnicy żądają ode mnie oddania kolejnych szat i klejnotów. U ich stóp, na kamiennym trakcie, stopniowo pozostawiam rekwizyty mojego ziemskiego dramatu.
Przy pierwszych bramach porzucam rozsypane perły i pęknięty naszyjnik, gdy bezczelne ręce plądrują moje księgi i obnażają intymną traumę z dzieciństwa. Kawałek dalej na ziemię upada złamana korona – znak utraconej, naiwnej ufności wobec świata. W połowie drogi, na środku ścieżki, pozostawiam stary zwój papieru, częściowo zalany czarnym płynem; to potraktowana pogardą rodowa pamięć i uświęcona praca mojego dziadka, która w tych podziemiach musi zostać unieważniona w swojej ziemskiej formie, by nie mogła być dłużej kartą przetargową dla drapieżników.
Schodząc jeszcze niżej, mijam porzucone u stóp strażników puchary i kielichy – symbole nocnego upojenia i chaosu, w którym bezpowrotnie toną dawne autorytety i ich fałszywa życzliwość. Przedostatnia brama przyjmuje rozbite, pęknięte zwierciadło, w którym odbijał się narcyzm, bezwstydne żerowanie przy moim stole i iluzje szklanych instytutów budowanych przez tych, którzy uciekają przed własnym cieniem. Przy samej siódmej bramie, na samym dnie piekła, odkładam bojowe rękawice. Walka i ziemskie zmagania ostatecznie dobiegają końca.
Zostaję całkowicie naga, czysta i bezbronna wobec triumfu fałszu. I wtedy, w tej najgłębszej otchłani, ocala mnie szept mojego własnego ciała. Ono pamięta ścieżki mojej duszy. Intelekt można uśpić potęgą nauk i manipulacją, ale ciało zachowało pierwotną, krystaliczną pamięć Domu. Poprzez swój głęboki, fizyczny sprzeciw, skurcz i drżenie, ono rygorystycznie odrzuca toksyczny kod, chroniąc moją integralność na długo przed tym, zanim zrozumie to świadomość.
Akt III: Pieśń Świętego Węża – Zapowiedź Nowego Horyzontu
I wtedy, na samym dnie podziemi, ścieżka nagle wypłaszcza się i przechodzi w spokojną, krystaliczną taflę wody. Zapada absolutna, monumentalna cisza. Umiera stara tożsamość, a w jej miejscu rodzi się Suweren. Przypominam sobie kontrakt z chmury. Rozumiem, że te wszystkie postacie to tylko aktorzy, którzy na moje własne życzenie wykonali tytaniczną, czarną pracę.
Dziękuję Wam, Moje Drapieżniki. Odegraliście swoje role po mistrzowsku. Bez Waszego mroku nie zeszłabym tak głęboko, by odkryć, że światło, którego szukałam na zewnątrz, od zawsze bije we mnie. Kurtyna opada, a stary cykl zależności zostaje nieodwracalnie przerwany. Nigdy więcej nie dam deptać swoich granic.
Architekt OKO BURZY


